piątek, 26 października 2012

Jak dożyć do momentu osiągnięcia płynności w kierowaniu autem?


Wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna byłam zmęczona po 8 godzinach pracy. Najbardziej stresującym elementem mojego dnia  był dojazd do pracy na czas i bez zbędnych przygód. Postanowiłam nie jechać cały czas autostradą, pół drogi jechałam drogami między miejscowościami, niestety później przyszedł czas na autostradę, a w niej najbardziej nie lubię złożoności zjazdów i niejasnych wskazówek gpsa. Typu: „skręć w prawo, trzymaj się lewej, a następnie prawej”, przy autostradowych prędkościach łatwo przegapić zjazd. W pracy byłam o 5 40,przebrałam buty na specjalne z blachą z przodu, chroniącą przed najazdem wózków widłowych.  Odbiłam karty przy wejściu, żeby pracodawca wiedział ile czasu jestem w pracy , razem z nową koleżanką Gosią, zostałyśmy przydzielone Edycie i poszłyśmy na dział D. Po 5 minutach zostałam przeniesiona na dział B, tam była większa potrzeba pomocy. Moim zadaniem było podjechanie wózkiem z 2 szufladami po 2 pełne kosze różnych rzeczy robionych przez Vistaprint, włożenie ich do specjalnych przegródek, a jeśli uzbierały się 2 rzeczy w 1 przegródce trzeba je było ułożyć na stole, po zapełnieniu stołu i opróżnieniu koszy należało odstawić wózek na specjalne pole i odłożyć puste kosze na stanowisko sortujące i wziąć kolejny wózek z pełnymi koszami. Zabawa tego typu trwała 7 i pół godziny, po 10 miałam 30 minut – niepłatnej przerwy. Mamy darmowe napoje zimne i ciepłe. Pracują same kobiety w moim dziale, większość to Polki,  poznałam też 2 Niemki, 1 Rosjankę i moja przełożona Gertie – czy się Herti jest Holenderką. Osoby, które są na stałe mają obłędne tempo pracy, dla kogoś nowego to niemożliwe, by im dorównać.  Po całej tej pracy nie usłyszałam nic, ale to chyba dobrze, bo tam łatwo zrobić błąd. Jak wróciłam do domu czułam się bardzo zmęczona, ale przynajmniej czułam, że coś robiłam. Dziś też byłam w pracy, zaczęło się ok, wstałam o 4:15, wyszłam do auta o 4:50, troszkę padało, no i jak już po 20 km znalazłam się na autostradzie przegapiłam zjazd i zabłądziłam, gps zgubił też drogę- nie ma aktualizacji, no i krążyłam, zjeżdżałam, szukałam, po 25 minutach zadzwoniłam do przełożonej, że się spóźnię, i w końcu dojechałam na parking o 5:59. W trakcie poszukiwań drogi miałam wielką ochotę zniknąć, poddać się, krzyczeć, ale czułam, że trzeba jechać. W piątki pracujemy krócej – 5 godzin i w sumie dziś mnie to ucieszyło, byłam na dziale z poczwórnymi zamówieniami, popełniłam 2 błędy, ale opiekunka mnie uspokoiła, że to normalne na początku. Kobiety, z którymi pracuję są przeważnie miłe, osoby nowe noszą szare koszulki i wszyscy wiedzą, że popracujemy tylko do końca grudnia, więc też nie muszą się z nami wdawać w głębsze związki interpersonalne. Mnie to pasuje. Wdrażam się w pracę, niebawem zacznę pewnie uczyć się też innych rzeczy. Gdyby nie dojazdy, byłoby ok, ale za to w przyszłym tygodniu mam na 14 do 22, więc w świetle dziennym będę miała mniej kłopotów, a w drodze powrotnej, jak pobłądzę to już nie będzie takie ważne. Dziś wymusiłam pierwszeństwo na tirze – strąbił mnie (lepsze to niż przejechanie) i zgasło mi 2 razy auto, chciałabym już umieć jeździć, ale biorę też pod uwagę, że może to się nigdy nie uda. Na razie będę próbowała, przez 2 miesiące nie mam wyjścia, ale później po prostu poszukam pracy gdzieś bliżej.
Cudnie, że już zaczął się weekend i nie muszę jeździć autem ;) Teraz lecę pichcić makaron ze szpinakiem i wpuścić tekst do internetu.

środa, 24 października 2012

Nie wiem jak to jest z prawem serii, ale czasami nie mam wątpliwości, że istnieje.


Wczoraj zaczęło od kiepsko przespanej nocy, pobudki  o  7:20, żeby podrzucić Pawła do pracy, schodząc  spadłam ze schodów i lekko obiłam żebra – mimo sporej warstwy ochronnej. O 8 byłam znów w domu, małżonek naciskał żebym zajęła się wymianą dętki z w jego rowerze. Chodziło o znalezienie najbliższego serwisu rowerowego.  Zjadłam śniadanie, wynalazłam serwis 5 km od domu, wybrałam się tam (autem!). Na miejscu miły pan poinformował mnie, że koło jest bardzo zniszczone, opona również, karcącym wzrokiem spoglądał na mnie jak na niszczycielkę rowerów, a w końcu podał cenę za nowe koło – 65e. Kompletnie się tego nie spodziewałam, w portfelu 60e, więc musiałam opuścić sklep i aktywować nową kartę bankomatową – na szczęście pamiętałam pin.  Przy okazji pooglądałam nowe rowery w przecenach, Paweł ma strasznego grata, ale ceny nawet poza sezonem są dla nas , żyjących chwilowo z jednej pensji nie do przejścia.  Zdenerwowana niespodziewanym wydatkiem wróciłam do domu, odkrywając po drodze aldiego i lidla – do tej pory myśleliśmy, że najbliższe są 20 km od domu. O 14 miałam być w Venlo celem podpisania umowy o pracę.  Wyjechałam o 13, chciałam pojechać skrótem, co doprowadziło do powrotu na linię startu po 15 min. Wklepałam w gpsa adres i ruszyłam na autostradę, pogoda była piękna, złote liście, słonko, nawet duża ilość aut na drodze mnie nie zrażała. Trasa do nowej pracy wynosi  43 km, po 30 nagle zaczęły mi spadać obroty silnika, auto zwolniło ze 100km/h do 30, myślałam, że coś popsułam, źle wbijam biegi, musiałam zjechać na pas awaryjny. Przez jakieś 10-15 minut starłam się rozruszać auto, niestety z marnym skutkiem, stres osiągnął punkt szczytowy. Była 13:58, gps pokazywał 5km do miejsca przeznaczenia, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Wtedy przyszło oświecenie, Paweł kilka dni wcześniej wspominał o tym, że jak gaz się kończy auto zwalnia, przełączyłam na benzynę i  auto dostało skrzydeł. Niestety kompletnie straciłam pewność siebie przy wbijaniu biegów, do tego źle skręciłam na ostatnim rondzie, ale w końcu udało mi się dojechać. Była 14:05, a trzeba było jeszcze zaparkować. Dla mnie jest to rzecz, której najbardziej nie potrafię. Miejsca były 2, udało się jakoś wjechać w jedno wąskie, z wysiadaniem było nieco gorzej, ale nie porysowałam drzwi sąsiada. Zziajana wbiegłam do firmy, na recepcji nikogo nie było, po 2 minutach weszła pani z plakietką mojego pośrednika.  Zaprowadziła mnie na górę, przeprosiłam za spóźnienie, podyktowałam jak się nazywam i dowiedziałam się na wstępie, że zaczynam pracę nie za 2 dni o 6 rano, a jutro. Następnie zostałam przekierowana do innej pani, która zajmowała się właśnie umową o pracę innej Polki. Dołączyłam do nich i zostałam od razu zapytana czy się denerwuję przyjęciem do pracy. Z uśmiechem powiedziałam, że nie, a przyczyną stresu są kłopoty z autem. W trakcie rozmowy okazało się, że z Gosią – ta druga Polka, zaczynamy jednak za 2 dni razem w tym samym dziale. Dostałam do rozwiązania test, czego się kompletnie nie spodziewałam.  Jeszcze myślami byłam wśród trąbiących na mnie na autostradzie tirów, a tu trzeba się było skupić. W ciągu 5 minut trzeba było wpisać jakie się widzi cyferki na zakropkowanych polach, zrobić  7 zadań z podstaw matematyki, a następnie porównać  50 dwurzędowych kolumn z adresami po holendersku i rzędami cyfr i zaznaczyć czy są takie same, czy też nie. Wszystko to odbywało się, kiedy Gosia rozmawiała z przyjmującą nad do pracy Biancą. Hehe, nie muszę chyba dodawać, że nie zdążyłam zrobić wszystkiego. Z ostatniego zadania tylko 25 rzędów. Następnie okazało się, że muszę podać dane osoby, która wystawi mi referencje w języku holenderskim lub angielskim z poprzedniej pracy. Tym zajęłam się już w poniedziałek rano, napisałam do swojej byłej kierowniczki prośbę. Otrzymałam w odpowiedzi, że mogę liczyć najwyżej na dokument w języku polskim, a o tłumaczenie mam się już sama zatroszczyć. Zapytałam więc Biancę, czy honorują polskie referencje, odpowiedziała, że niestety muszą być one wystawione przez pracodawcę w języku przynajmniej angielskim. Kłopot był również z moim kontem bankowym. Mamy konto walutowe w aliorze w Polsce, więc Holendrzy wymagają wydruku ze strony banku potwierdzającego dane.  Więc referencje i  dane bankowe mam donieść w czwartek po pracy. Z referencjami zrobię tak, że już napisałam do FANa, organizacji dla której prowadziłam kilka lat zajęcia nordic walkingu  z seniorami i mam nadzieję, że dostanę od nich potrzebne mi dokumenty. Natomiast, to że 4 lata pracowałam dla Biblioteki Głównej Politechniki Wrocławskiej i nie mogę dostać za to kilku zdań w języku angielskim jest żenujące. Tak, ale odbiegłam od tematu, w końcu podpisałam umowę o pracę do końca grudnia w firmie Vistaprint, która zajmuje się drukowaniem kalendarzy, koszulek, nadrukami na długopisy, czapeczki, wizytówkami, pakowaniem tego wszystkiego i wysyłaniem do klientów. Czym będę się dokładnie zajmowała dowiem się w czwartek, na razie Bianca oprowadziła nas po firmie, to duży magazyn z wieloma działami, w którym trzeba chodzić po zielonym pasie, bo inaczej może człowieka przejechać wózek widłowy. Dostałam 3 koszulki, wiem gdzie jest parking pracowniczy, w Viście trzeba być co najmniej 10 min przed rozpoczęciem pracy, bo trzeba się jeszcze zakodować w 2 wejściach, mamy do tego specjalne karty. W czwartek umówiłam się z Gosią o 5:45 na parkingu, razem będzie lepiej J Przy okazji w rozmowie wyszło, że dziewczyna jest spod Strzelina, co nam mocno przełamało lody. Zobaczymy jak będzie, chętnie nauczę się czegoś nowego, a do pracy wyjadę przed 5, żeby mieć czas na wszelkie nieprzewidziane sytuacje. Kiedy już wyszłam z nowej pracy, bardzo delikatnie wyjechałam z parkingu i obrałam kurs na Elmpt. Zestresowana , że może nie starczyć mi benzyny wybrałam drogę krótszą o 15 km, częściowo zawierającą autostradę, w drodze powrotnej tylko raz wymusiłam pierwszeństwo, ale miły pan mnie nawet nie strąbił. W Elmpt dzielnie podjechałam pod dystrybutor gazu, pokonałam barierę korka, ale niestety już reduktora nie dałam rady wkręcić, na szczęście obok stało 2miłych panów i bez problemu udzielili pomocy, a nawet instrukcji. Zatankowałam 30 litrów, wróciłam do domu i po 10 minutach musiałam pojechać po małżonka. Pod jego pracą zamieniliśmy się miejscami i mogłam mu spokojnie wykrzyczeć beznadziejność swojego dnia. Paweł wykazał mi, że powinnam traktować ten dzień jako pełen sukcesów, a nie porażek, ale tak czy inaczej widzę tu serię zdarzeń, która kojarzy mi się z kłodami rzucanymi pod nogi. Dziś natomiast leżę w łóżku, popijam herbatkę, obserwuję słońce za oknem, czekam na referencje i zbieram siły przed pierwszym dniem w pracy.

poniedziałek, 15 października 2012

poniedziałek w Elmpt

Pospałam do 9, pogoda nie zachęcała do wstawania, ale jak już wykonałam listę obowiązków, w nagrodę dostałam piękny jesienny dzień. Zadzwoniłam do biura pośrednictwa pracy, grzecznie powiedzieli, że muszę poczekać na telefon. Żeby nie tracić dnia, wytargałam gazelkę (rower) z piwnicy i skoczyłam nad jeziorko. Zajęło mi to jakieś 15 min, miła dróżka, ciągle z górki, kawałek miasteczkiem, później między polami, zagrodami dla koni, cudnie, tylko troszkę chłodno. Wymiana pogodnego halo z kilkoma Niemcami na przechadzkach, a po 10 min siedzenia nad wodą droga pod górkę, nieco ją sobie urozmaiciłam szukając innej trasy powrotu, udało się zamiast 15 min, jechałam 45 ;) Po obiadku - spagetti ze szpinakiem, piszę sobie tu, korzystając ze spokoju jaki daje nieobecność współlokatorów. Aureliusz pojechał ze znajomymi do Roermond - holenderskie miasto, 15 km od Elmpt, a Ola jest jeszcze w pracy. Dzięki czemu nie ma w domu kłębów siwego dymu, ani wibrujących czaszkę dźwięków techno :) Generalnie są bardzo miłymi młodymi ludźmi, tylko że prowadzimy zupełnie inne tryby życia. Dla nas weekend to spacer, zwiedzanie nowych miasteczek, książka, film, wspólne gotowanie rozmowa. Dla naszych współlokatorów, to czas ostrych imprez do białego rana z konieczną utratą świadomości, sen do 15, a później gra na xboksie.
Mam tylko nadzieję, że uda nam się wzajemnie uszanować style życia i jakoś to będzie:) W domku szeregowym, w którym mieszkamy sobie we czwórkę internet jest tylko w kuchnia na parapecie okiennym, więc siedząc tu, prócz okien sąsiadów widzę dobre 2 metry kwadratowe nieba :)
Wczoraj byliśmy z mężem w Horst na pchlim targu, więc mam namiastkę strzelińskiego targu, który tak lubiłam. Sprzedającymi byli Holendrzy, ale w całej hali kupujących była zdecydowana przewaga Polaków.
Z takich pierwszych wrażeń, Polaków i tu w Niemczech i Holandii jest wielu, czasem idąc ulicą można pomyśleć, że jest się w ojczyźnie. Natomiast dziwi mnie to, że przecież zarabia się tu więcej i żyje lepiej, a krajanie wyglądają na mocno zmęczonych życiem i nie chodzi mi o to, że są przepracowani, Raczej wyglądają na przepitych i generalnie zniszczonych. Na początku słysząc nasz język się uśmiechałam, ale słysząc masę przekleństw, częste wrzaski - w końcu mają wrażenie, widząc zakazane twarze i niedoprane dresy, jakoś mi się odechciało. Nie twierdzę, że tacy są wszyscy, ale niestety chyba większość, przy czym rzucają się mocno w oczy i tworzą przepiękny obraz Polaków za granicą. Nawet kiedy w weekend chodzimy sobie na spacerki krajoznawcze po okolicy, Niemcy lub Holendrzy są mocno zaskoczeni, że ludzie z naszego kraju mogą normalnie spędzać czas, a można się o tym zorientować z momencie kiedy zagadują do nas w swoim języku, myśląc, że jesteśmy tubylcami. Mam tylko nadzieję, że moje wrażenie jest mylne i jest tu mnóstwo bardzo interesujących i dobrych ludzi, których może np. poznam w nowej pracy :)