Podczas uroczego weekendu, gdzie w piątek małżonek zabrał mnie na kolację pocieszankę w ramach zakończenia pracy oraz sobotniej wizycie w Aquanie w niemieckim miasteczku - gdzie jest całkiem przyjemnie - szczególnie w strefie saun, doszliśmy do wniosku, że moje siedzenie w Elmpt i czekanie na przeprowadzkę nie ma sensu. Nie mam tu auta, więc nie mam tu możliwości szukania pracy, a w Polsce trwają prace wykończeniowe naszego mieszkania i dobrze będzie pojechać, poustalać choćby szczegóły dotyczące kuchni, kupić może jakieś agd i pozałatwiać wszystko co jest do zrobienia. Ruszam więc dziś w nocy autokarem - podróż ma trwać od 11 do 14 godzin, zależy co się będzie działo na drogach. Początkowo myśleliśmy o samolocie, ale choć finansowo jest to podobne, dużo łatwiej będzie Pawłowi zawieźć mnie i odebrać zgodnie z rozkładami autokarów, z samolotami miałabym mnóstwo czekania.
Mam już listę rzeczy do załatwienia i powinnam dać radę do 2 lutego - wtedy wracam i od 3 rano będę już mieszkała w holenderskim Tegelen :) W poniedziałek po powrocie zajmę się poszukiwaniami pracy, a w niedzielę po przyjeździe będę miała zabawę z rozpakowywaniem i małym urządzaniem.
Dziś dzień zaczął się intensywnie, bo muszę nie tylko spakować się do Polski, ale i spakować moje rzeczy, żeby Paweł miał ułatwione zadanie przy przeprowadzce w czwartek. Większości rzeczy już dokonałam i nagle zrobiło się jakoś tak pusto. To dziwne uczucie - świadomość, że już tu nie wrócę, wprawdzie mieszkałam tu tylko 4 miesiące, ale jednak troszkę się przyzwyczaiłam, jedno jest pewne, żałować nie mam zamiaru. Jutro o tej porze mam nadzieję być we Wrocławiu, a gdyby poszło świetnie może i u mamy w Strzelinie. Strasznie jestem ciekawa, czy zwierzaki mnie rozpoznają, nie rozstawałam się z nimi na tak długo do tej pory. Może też uda mi się spotkać z przyjaciółmi, ale o tym będę myślała już na miejscu - najpierw obowiązki :) Sprawozdanie z kraju, pojawi się w lutym, a w międzyczasie pouzupełniam braki.
światwgzochy
poniedziałek, 21 stycznia 2013
piątek, 18 stycznia 2013
Stało się
Pierwsze zwolnienie z pracy w życiu. Podobno żyjąc w Holandii można się do tego przyzwyczaić, obym nie miała takich sytuacji za często. O tym, że to praca na sezon, czyli do końca grudnia wiedziałam od początku, więc w sumie się cieszę, że udało się to przeciągnąć do połowy nowego roku. Od 25 października spodziewałam się zwolnienia każdego dnia, bo Vista to taka firma, w której trzeba być bardzo szybkim. A nie ukrywajmy moja poprzednia praca z szybkością niewiele miała wspólnego. Od początku tej mojej pierwszej holenderskiej pracy zwolniono około 20 osób, a w styczniu tak już miałam dość napięcia związanego z niepewnością kiedy to wreszcie nastąpi, że zobojętniało mi to. W grudniu zmienili czas pracy koledze, z którym dojeżdżałam. Na szczęście tego samego dnia dogadałam się z dziewczyną mieszkającą niedaleko, niestety kilka dni później i ona została zwolniona. Zima to nie najlepszy czas żeby brać auto i kazać mężowi dojeżdżać 15 km po ciemku lasem do pracy, ale kiedy przyszło u mnie do nocnych zmian znów wsiadłam do auta. Kiedy zmiany nocne się skończyły wyprosiłam koleżankę i nadrabiając 20 km woziła mnie do pracy w tym tygodniu. Teraz podobno nie ma sezonu na pracę, ale nie zamierzam się poddawać i ruszę do biur pośrednictwa jak tylko się przeprowadzimy. Po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć w Holandii 2 pokojowe mieszkanie, więc do dyspozycji będę miała komunikację miejską. W okolicy przygranicznej znalezienie mieszkania po stronie holenderskiej w cenie pozwalającej na normalne życie graniczy z cudem. Jestem bardzo ciekawa jak to będzie, bo po raz pierwszy w życiu zamieszkamy z mężem sami, hehe, oby nie skończyło się rozwodem ;) A tak serio, to już nie mogę się doczekać.
Przez najbliższe 2 tygodnie, gdy nie będę szukała pracy mam zamiar uzupełnić blogowe zaległości, przyszykować ofertę masaży pod nowym adresem, być idealną panią domu, czyli gotować mężowi obiady i wspierać go w przebywaniu na nadgodzinach oraz przeczytać kilka książek. Chyba, że podejmiemy decyzję, że lecę do Polski zająć się wykańczaniem mieszkania w Siechnicach, bo przez internet i telefon, nie jest to tak proste jak myślałam. Plusem byłaby możliwość spotkania osób, za którymi tęsknię, no i oczywiście moich ukochanych sierściuchów - Szpinaka i Suszi. Mam nadzieję, że w ciągu 3 miesięcy nie zapomniały kim jestem. Mama je tak rozpieściła, że nie wiadomo czy podołamy ich obecnym wymaganiom.
Trzymajcie kciuki, abym długo nie pozostawała bez pracy.
Przez najbliższe 2 tygodnie, gdy nie będę szukała pracy mam zamiar uzupełnić blogowe zaległości, przyszykować ofertę masaży pod nowym adresem, być idealną panią domu, czyli gotować mężowi obiady i wspierać go w przebywaniu na nadgodzinach oraz przeczytać kilka książek. Chyba, że podejmiemy decyzję, że lecę do Polski zająć się wykańczaniem mieszkania w Siechnicach, bo przez internet i telefon, nie jest to tak proste jak myślałam. Plusem byłaby możliwość spotkania osób, za którymi tęsknię, no i oczywiście moich ukochanych sierściuchów - Szpinaka i Suszi. Mam nadzieję, że w ciągu 3 miesięcy nie zapomniały kim jestem. Mama je tak rozpieściła, że nie wiadomo czy podołamy ich obecnym wymaganiom.
Trzymajcie kciuki, abym długo nie pozostawała bez pracy.
wtorek, 11 grudnia 2012
Misz masz
Tak dawno tu nie zaglądałam, że zapomniałam jak się dostać :)
Wszystko przez dużą ilość pracy i zmęczenie, poza tym niewiele się dzieje. Powoli szykuję się do poszukiwań kolejnej pracy, podejrzewam, że z tej zwolnią mnie po świętach. Od tygodnia mam swój stół do masażu i wiele pytań na temat tego kiedy zacznę pracować w swoim zawodzie. Chwilowo niestety nie mogę stworzyć oferty, ponieważ ciągle nie wiemy gdzie uda nam się znaleźć mieszkanie, a jako osoba z silną potrzebą posiadania swojego małego gabinetu, niczego nie jestem w stanie zrobić wcześniej. Mieliśmy kilka dni zimy, teraz się stopiło wszystko, świeci słonko i jest niemal wiosennie. Na święta mamy zamiar ściągnąć do Elmpt znajomych i urządzić sobie wigilię ... w chińskiej restauracji ;) Ze względu na bardzo niepraktyczną kuchnię w mieszkaniu - mamy aż jeden działający palnik. Możliwe, że w tym okresie nawiedzimy Belgię w celach turystyczno - konsumpcyjnych :) Ostatnio pracuję po 6 dni w tygodniu, więc już nie mogę się doczekać wolnego. Tymczasem zamieszczam kilka zdjęć z okolicznych wypraw. Ostatnio przez pogodę najczęściej podróżujemy do sklepów, ale tam zdjęć nie robię, jak wygląda sklep - każdy wie ;)
Wszystko przez dużą ilość pracy i zmęczenie, poza tym niewiele się dzieje. Powoli szykuję się do poszukiwań kolejnej pracy, podejrzewam, że z tej zwolnią mnie po świętach. Od tygodnia mam swój stół do masażu i wiele pytań na temat tego kiedy zacznę pracować w swoim zawodzie. Chwilowo niestety nie mogę stworzyć oferty, ponieważ ciągle nie wiemy gdzie uda nam się znaleźć mieszkanie, a jako osoba z silną potrzebą posiadania swojego małego gabinetu, niczego nie jestem w stanie zrobić wcześniej. Mieliśmy kilka dni zimy, teraz się stopiło wszystko, świeci słonko i jest niemal wiosennie. Na święta mamy zamiar ściągnąć do Elmpt znajomych i urządzić sobie wigilię ... w chińskiej restauracji ;) Ze względu na bardzo niepraktyczną kuchnię w mieszkaniu - mamy aż jeden działający palnik. Możliwe, że w tym okresie nawiedzimy Belgię w celach turystyczno - konsumpcyjnych :) Ostatnio pracuję po 6 dni w tygodniu, więc już nie mogę się doczekać wolnego. Tymczasem zamieszczam kilka zdjęć z okolicznych wypraw. Ostatnio przez pogodę najczęściej podróżujemy do sklepów, ale tam zdjęć nie robię, jak wygląda sklep - każdy wie ;)
| Zza szyby auta |
| Za szybą☺ pasażer się nudzi :) |
| Holenderskie wiatraki |
| Powiew wiosny :) |
środa, 7 listopada 2012
6/7
Po nocce z
poniedziałku na wtorek byłam tak zmęczona, że śniło mi się, że nadal
jestem w pracy, sprawiło to, że spałam, tylko 4 godziny, a resztę dnia
przeleżałam. Wczorajszy wieczór oraz dzisiejszy poranek przyprawił mnie o
mnóstwo siwych włosów. Wyruszyłam o 21 do pracy, na luzie, bo już znam drogę.
Padało, wiało, ale taka pogoda jest tu normalna. 15 km przed miejscem pracy
przestała działać lewa wycieraczka, a ja przestałam widzieć dokąd jadę.
Zwolniłam, wychyliłam się do przodu i uznałam, że jakoś to będzie. Pamiętałam
nawet o tym, żeby nie zjechać z wcześnie z autostrady – co mi się notorycznie
zdarza, dodając mi ok 4 km więcej przyjemności z jazdy. Zjeżdżając widziałam
ostry zakręt, prędkości dużej nie miałam, ale przyhamować trzeba było i tu
usłyszałam charakterystyczny pisk i poczułam jak mnie znosi w lewo, starałam
się odbić w prawo, co złagodziło siłę uderzenia, ale i tak wylądowałam z hukiem
na lewej bandzie. Przerażona, z wizją wgniecenia na całym lewym boku i
uszkodzonym autem, włączyłam awaryjne, żeby nikt we mnie nie przyładował
(szczęśliwie przed 22 w tygodniu jest mały ruch). Próbowałam wykomponować się z
barierki, a tu nic, ni w tył ni w przód. Zawzięłam się, pokręciłam kołami i
ruszyłam, nadal padało, nadal niewiele widziałam, ale dojechałam do pracy.
Obejrzałam auto na parkingu, okazało się, że wycieraczka jest tak wygięta, że
nic się nie da zrobić i pozostaje się modlić, żeby rano nie padało. Samo auto
ma rysę na całej długości drzwi kierowcy i wgnieciony lewy przedni bok,
pęknięty błotnik, szczęśliwie światła są całe. W drodze prze parking próbowałam
skontaktować się z Pawłem, ale nie odbierał. W końcu się udało, próbował mnie
uspokoić. W pracy jeszcze przez godzinę nie mogłam dojść do siebie, natłok pracy
jednak nie pozwolił mi jednak długo pozostawać w stanie zawieszenia. Pracy było
mnóstwo, przerwa o 2:30, byłam łącznie na 3 działach, wymęczyłam się okropnie,
a przede mną był jeszcze powrót do domu. Kiedy wychodziłam z pracy kropiło,
koleżanki na parkingu próbowały podreperować mi wycieraczkę, nie dało się.
Wiedziałam, że Paweł ma jechać do pracy po 7, więc odważnie (lub głupio, jak
kto woli) ruszyłam do domu. Pożałowałam już po paru metrach, ruch był duży, ja
nie widziałam prawe nic, zaczęło lać. Jechałam po autostradzie 80-90, zostałam
strąbiona przez tira, ale miałam to gdzieś – chodziło o moje życie w końcu.
Bardzo ostrożnie wchodziłam w zakręty, przerażona, że znów koła mi się
zablokują i wypadnę z drogi. Po 40 minutach dojechałam do domu, wycieńczona
stresem. Paweł był już na nogach, przestawił auto – przy tej widoczności nie
byłam w stanie dobrze zaparkować. Próbował naprawić wycieraczkę – nie udało się
i tak pojechał do pracy. Po 30 minutach wysłał smsa, że się udało dojechać.
Pospałam do 15, coś tam zjadłam, a teraz Paweł wrócił z pracy i wyjaśnił, że
wycieraczka zrobiona – poluzowała się jakaś śruba i przestała reagować na
silniczek…Dziś jestem umówiona z chłopakiem z pracy, że mnie zawiezie, co
napawa mnie spokojem, hehe, choć nie mam jego numeru, pozostaje mi mieć
nadzieję, że o mnie nie zapomni.
Mam takie pytanie - myślicie, że mam pecha ostatnio?
piątek, 2 listopada 2012
Uff, koniec tygodnia.
Pierwszy pełny tydzień pracy zakończony. Wprawdzie jeszcze
nie ma sezonu, więc w piątki pracujemy 5,5 godziny, a we wtorek kazali nam
pójść do domu po 4,5, ale i tak jestem nieziemsko zmęczona. Z niedzieli na poniedziałek mam na 1 w nocy
do 6 rano, normalnie byłoby na 22, ale niby nie ma tylu zamówień. Z tego, co
widzę pracy jest dużo, ale pewnie mi się zdaje, bo nowa jestem. W tym tygodniu jazda autem szła mi dużo
lepiej, w sumie od 2 dni już się nie stresuję. Można uznać, że znam drogę na
pamięć. W czwartek miałam okazję poznać ją lepiej, z okazji dnia wolnego cała
moja niemiecka okolica wyruszyła na zakupy do Holandii, przez co spóźniłam się
do pracy, całe 3 minuty, gdyż stałam w 3 km korku, którego kompletnie się nie
spodziewałam. Odejmą mi za to 15 minut z wypłaty. No właśnie, dostałam pierwsze
wynagrodzenie J
Tylko za czwartek – 7,5 i piątek 5,5, ale zawsze to coś i fajnie jest osiągnąć
niezależność finansową. Małżonek utrzymywał mnie niecały miesiąc i nie
narzekał, ale wolę zarabiać sama. Cotygodniowy system wypłat jest dla mnie
dziwny, wysokość pensji w sumie też, hehe, ale w końcu widzę sens w pracy
fizycznej. Jutro mam zamiar kupić sobie coś niepraktycznego. Wykąpana, po obiadku, piszę, żeby nie zasnąć,
gdyż przed 21 muszę skoczyć po Pawła do jego pracy. Mam nadzieję, że dojadę bez
większych kłopotów. Mam też za sobą drugie tankowanie, znów z pomocą miłego
kierowcy, który wyczuł, że bez
interwencji poczeka sobie dłuuugo w kolejce. Ze współlokatorami mamy, odpukać,
spokój, Aurelek pojechał poimprezować do znajomych na kilka dni, więc w domu panuje cisza. W pracy mam dość miłe
dziewczyny, na 100 przyjętych na sezon osób ma zostać 5, które wykażą się
najbardziej. Mi to raczej nie grozi, staram się, ale mistrzynią prędkości i
bezbłędności nie jestem. Niektóre laski
mają ogromne parcie na zostanie w Vistaprint w styczniu i chwytają się
wszystkich sposobów żeby tylko zaistnieć. W czwartek miałam nieprzyjemność
pracować z taką osobą, czułam się niemal jak w przedszkolu. „ Pani teamlederko,
a ona się pomyliła”… , nieważne, że „ona” od minuty wykonywała całkowicie nowe
dla siebie zajęcie. Po dwóch próbach
złożenia szybko pudełek, w których wysyłane są kalendarze uznała, że jestem za
wolna, a ona musi się wykazać super
normą pracy, więc wróciłam do skanowania , kiedy godzinę później przyszła jej
koleżanka, okazało się, że moja współtowarzyszka pracy nagle ma czas i
cierpliwość do nauki. Złość mi już przeszła, ale niestety ta dziewczyna była jedyną osobą z
mojej okolicy i przed feralnym czwartkiem wstępnie już z nią rozmawiałam o
wspólnych dojazdach, a teraz nic z tego nie będzie. Może to i lepiej, zwracają
mi za dojazdy, a tak z czasem nabiorę wprawy , no i nie będę od nikogo zależna.
Podsumowując: w pracy lekko nie jest, ale pensja to wynagradza i mam nadzieję
schudnąć. Natomiast nie zamierzam się ważyć, poczekam na chwilę, którą
uwielbiam, aż dżinsy zaczną mi zjeżdżać z zanikającego brzuszyska. W pracy nie
ma kiedy jeść, przerwę mamy po 5 godzinach, a wtedy jestem już tak zmęczona, że
wciągam 1 kanapkę J
Może do grudnia zobaczę efekty. W przyszłym tygodniu wybieramy się z Festynkami
na snufelmarkt w Boschu i już się nie mogę doczekać, to takie kojące, że ma się
w pobliżu normalnych ludzi, których się bardzo lubi. Dziś trochę nieskładnie
piszę, ale to ze zmęczenia, dodam jeszcze tylko, że Paweł B. jest moim
bohaterem. Cały ten tydzień dojeżdżał do pracy rowerem, w ciemnościach przez
las, godzinę w jedną stronę, do tego brał nadgodziny. Z tej okazji po pracy
wybrałam się do sklepu i prócz obiadu zakupiłam mu piweczko, niech się chłopak
zrelaksuje. Gdybym była bogaczką, kupiłabym mu dziś autko – wymarzone bmw, żeby
mógł w dobrych warunkach uczęszczać do pracy. A nie, jakbym była bogaczką –
pracowalibyśmy tylko czasem i to dla przyjemności – czego wam wszystkim życzęJ
piątek, 26 października 2012
Jak dożyć do momentu osiągnięcia płynności w kierowaniu autem?
Wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna byłam zmęczona po 8
godzinach pracy. Najbardziej stresującym elementem mojego dnia był dojazd do pracy na czas i bez zbędnych
przygód. Postanowiłam nie jechać cały czas autostradą, pół drogi jechałam
drogami między miejscowościami, niestety później przyszedł czas na autostradę,
a w niej najbardziej nie lubię złożoności zjazdów i niejasnych wskazówek gpsa.
Typu: „skręć w prawo, trzymaj się lewej, a następnie prawej”, przy
autostradowych prędkościach łatwo przegapić zjazd. W pracy byłam o 5
40,przebrałam buty na specjalne z blachą z przodu, chroniącą przed najazdem
wózków widłowych. Odbiłam karty przy
wejściu, żeby pracodawca wiedział ile czasu jestem w pracy , razem z nową koleżanką
Gosią, zostałyśmy przydzielone Edycie i poszłyśmy na dział D. Po 5 minutach
zostałam przeniesiona na dział B, tam była większa potrzeba pomocy. Moim
zadaniem było podjechanie wózkiem z 2 szufladami po 2 pełne kosze różnych
rzeczy robionych przez Vistaprint, włożenie ich do specjalnych przegródek, a
jeśli uzbierały się 2 rzeczy w 1 przegródce trzeba je było ułożyć na stole, po
zapełnieniu stołu i opróżnieniu koszy należało odstawić wózek na specjalne pole
i odłożyć puste kosze na stanowisko sortujące i wziąć kolejny wózek z pełnymi
koszami. Zabawa tego typu trwała 7 i pół godziny, po 10 miałam 30 minut –
niepłatnej przerwy. Mamy darmowe napoje zimne i ciepłe. Pracują same kobiety w
moim dziale, większość to Polki,
poznałam też 2 Niemki, 1 Rosjankę i moja przełożona Gertie – czy się
Herti jest Holenderką. Osoby, które są na stałe mają obłędne tempo pracy, dla
kogoś nowego to niemożliwe, by im dorównać.
Po całej tej pracy nie usłyszałam nic, ale to chyba dobrze, bo tam łatwo
zrobić błąd. Jak wróciłam do domu czułam się bardzo zmęczona, ale przynajmniej
czułam, że coś robiłam. Dziś też byłam w pracy, zaczęło się ok, wstałam o 4:15,
wyszłam do auta o 4:50, troszkę padało, no i jak już po 20 km znalazłam się na
autostradzie przegapiłam zjazd i zabłądziłam, gps zgubił też drogę- nie ma
aktualizacji, no i krążyłam, zjeżdżałam, szukałam, po 25 minutach zadzwoniłam
do przełożonej, że się spóźnię, i w końcu dojechałam na parking o 5:59. W
trakcie poszukiwań drogi miałam wielką ochotę zniknąć, poddać się, krzyczeć,
ale czułam, że trzeba jechać. W piątki pracujemy krócej – 5 godzin i w sumie dziś
mnie to ucieszyło, byłam na dziale z poczwórnymi zamówieniami, popełniłam 2 błędy,
ale opiekunka mnie uspokoiła, że to normalne na początku. Kobiety, z którymi
pracuję są przeważnie miłe, osoby nowe noszą szare koszulki i wszyscy wiedzą,
że popracujemy tylko do końca grudnia, więc też nie muszą się z nami wdawać w głębsze
związki interpersonalne. Mnie to pasuje. Wdrażam się w pracę, niebawem zacznę
pewnie uczyć się też innych rzeczy. Gdyby nie dojazdy, byłoby ok, ale za to w
przyszłym tygodniu mam na 14 do 22, więc w świetle dziennym będę miała mniej
kłopotów, a w drodze powrotnej, jak pobłądzę to już nie będzie takie ważne.
Dziś wymusiłam pierwszeństwo na tirze – strąbił mnie (lepsze to niż przejechanie)
i zgasło mi 2 razy auto, chciałabym już umieć jeździć, ale biorę też pod uwagę,
że może to się nigdy nie uda. Na razie będę próbowała, przez 2 miesiące nie mam
wyjścia, ale później po prostu poszukam pracy gdzieś bliżej.
środa, 24 października 2012
Nie wiem jak to jest z prawem serii, ale czasami nie mam wątpliwości, że istnieje.
Wczoraj zaczęło od kiepsko przespanej nocy, pobudki o
7:20, żeby podrzucić Pawła do pracy, schodząc spadłam ze schodów i lekko obiłam żebra –
mimo sporej warstwy ochronnej. O 8 byłam znów w domu, małżonek naciskał żebym
zajęła się wymianą dętki z w jego rowerze. Chodziło o znalezienie najbliższego
serwisu rowerowego. Zjadłam śniadanie,
wynalazłam serwis 5 km od domu, wybrałam się tam (autem!). Na miejscu miły pan poinformował
mnie, że koło jest bardzo zniszczone, opona również, karcącym wzrokiem
spoglądał na mnie jak na niszczycielkę rowerów, a w końcu podał cenę za nowe
koło – 65e. Kompletnie się tego nie spodziewałam, w portfelu 60e, więc musiałam
opuścić sklep i aktywować nową kartę bankomatową – na szczęście pamiętałam
pin. Przy okazji pooglądałam nowe rowery
w przecenach, Paweł ma strasznego grata, ale ceny nawet poza sezonem są dla nas
, żyjących chwilowo z jednej pensji nie do przejścia. Zdenerwowana niespodziewanym wydatkiem
wróciłam do domu, odkrywając po drodze aldiego i lidla – do tej pory
myśleliśmy, że najbliższe są 20 km od domu. O 14 miałam być w Venlo celem
podpisania umowy o pracę. Wyjechałam o
13, chciałam pojechać skrótem, co doprowadziło do powrotu na linię startu po 15
min. Wklepałam w gpsa adres i ruszyłam na autostradę, pogoda była piękna, złote
liście, słonko, nawet duża ilość aut na drodze mnie nie zrażała. Trasa do nowej
pracy wynosi 43 km, po 30 nagle zaczęły
mi spadać obroty silnika, auto zwolniło ze 100km/h do 30, myślałam, że coś
popsułam, źle wbijam biegi, musiałam zjechać na pas awaryjny. Przez jakieś
10-15 minut starłam się rozruszać auto, niestety z marnym skutkiem, stres
osiągnął punkt szczytowy. Była 13:58, gps pokazywał 5km do miejsca
przeznaczenia, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Wtedy przyszło oświecenie,
Paweł kilka dni wcześniej wspominał o tym, że jak gaz się kończy auto zwalnia,
przełączyłam na benzynę i auto dostało
skrzydeł. Niestety kompletnie straciłam pewność siebie przy wbijaniu biegów, do
tego źle skręciłam na ostatnim rondzie, ale w końcu udało mi się dojechać. Była
14:05, a trzeba było jeszcze zaparkować. Dla mnie jest to rzecz, której
najbardziej nie potrafię. Miejsca były 2, udało się jakoś wjechać w jedno wąskie,
z wysiadaniem było nieco gorzej, ale nie porysowałam drzwi sąsiada. Zziajana
wbiegłam do firmy, na recepcji nikogo nie było, po 2 minutach weszła pani z
plakietką mojego pośrednika.
Zaprowadziła mnie na górę, przeprosiłam za spóźnienie, podyktowałam jak
się nazywam i dowiedziałam się na wstępie, że zaczynam pracę nie za 2 dni o 6
rano, a jutro. Następnie zostałam przekierowana do innej pani, która zajmowała
się właśnie umową o pracę innej Polki. Dołączyłam do nich i zostałam od razu
zapytana czy się denerwuję przyjęciem do pracy. Z uśmiechem powiedziałam, że
nie, a przyczyną stresu są kłopoty z autem. W trakcie rozmowy okazało się, że z
Gosią – ta druga Polka, zaczynamy jednak za 2 dni razem w tym samym dziale.
Dostałam do rozwiązania test, czego się kompletnie nie spodziewałam. Jeszcze myślami byłam wśród trąbiących na
mnie na autostradzie tirów, a tu trzeba się było skupić. W ciągu 5 minut trzeba
było wpisać jakie się widzi cyferki na zakropkowanych polach, zrobić 7 zadań z podstaw matematyki, a następnie
porównać 50 dwurzędowych kolumn z
adresami po holendersku i rzędami cyfr i zaznaczyć czy są takie same, czy też
nie. Wszystko to odbywało się, kiedy Gosia rozmawiała z przyjmującą nad do
pracy Biancą. Hehe, nie muszę chyba dodawać, że nie zdążyłam zrobić wszystkiego.
Z ostatniego zadania tylko 25 rzędów. Następnie okazało się, że muszę podać
dane osoby, która wystawi mi referencje w języku holenderskim lub angielskim z
poprzedniej pracy. Tym zajęłam się już w poniedziałek rano, napisałam do swojej
byłej kierowniczki prośbę. Otrzymałam w odpowiedzi, że mogę liczyć najwyżej na
dokument w języku polskim, a o tłumaczenie mam się już sama zatroszczyć.
Zapytałam więc Biancę, czy honorują polskie referencje, odpowiedziała, że
niestety muszą być one wystawione przez pracodawcę w języku przynajmniej
angielskim. Kłopot był również z moim kontem bankowym. Mamy konto walutowe w
aliorze w Polsce, więc Holendrzy wymagają wydruku ze strony banku
potwierdzającego dane. Więc referencje
i dane bankowe mam donieść w czwartek po
pracy. Z referencjami zrobię tak, że już napisałam do FANa, organizacji dla
której prowadziłam kilka lat zajęcia nordic walkingu z seniorami i mam nadzieję, że dostanę od
nich potrzebne mi dokumenty. Natomiast, to że 4 lata pracowałam dla Biblioteki
Głównej Politechniki Wrocławskiej i nie mogę dostać za to kilku zdań w języku
angielskim jest żenujące. Tak, ale odbiegłam od tematu, w końcu podpisałam
umowę o pracę do końca grudnia w firmie Vistaprint, która zajmuje się
drukowaniem kalendarzy, koszulek, nadrukami na długopisy, czapeczki,
wizytówkami, pakowaniem tego wszystkiego i wysyłaniem do klientów. Czym będę
się dokładnie zajmowała dowiem się w czwartek, na razie Bianca oprowadziła nas
po firmie, to duży magazyn z wieloma działami, w którym trzeba chodzić po
zielonym pasie, bo inaczej może człowieka przejechać wózek widłowy. Dostałam 3
koszulki, wiem gdzie jest parking pracowniczy, w Viście trzeba być co najmniej
10 min przed rozpoczęciem pracy, bo trzeba się jeszcze zakodować w 2 wejściach,
mamy do tego specjalne karty. W czwartek umówiłam się z Gosią o 5:45 na
parkingu, razem będzie lepiej J
Przy okazji w rozmowie wyszło, że dziewczyna jest spod Strzelina, co nam mocno
przełamało lody. Zobaczymy jak będzie, chętnie nauczę się czegoś nowego, a do
pracy wyjadę przed 5, żeby mieć czas na wszelkie nieprzewidziane sytuacje.
Kiedy już wyszłam z nowej pracy, bardzo delikatnie wyjechałam z parkingu i
obrałam kurs na Elmpt. Zestresowana , że może nie starczyć mi benzyny wybrałam
drogę krótszą o 15 km, częściowo zawierającą autostradę, w drodze powrotnej
tylko raz wymusiłam pierwszeństwo, ale miły pan mnie nawet nie strąbił. W Elmpt
dzielnie podjechałam pod dystrybutor gazu, pokonałam barierę korka, ale
niestety już reduktora nie dałam rady wkręcić, na szczęście obok stało 2miłych
panów i bez problemu udzielili pomocy, a nawet instrukcji. Zatankowałam 30
litrów, wróciłam do domu i po 10 minutach musiałam pojechać po małżonka. Pod
jego pracą zamieniliśmy się miejscami i mogłam mu spokojnie wykrzyczeć beznadziejność
swojego dnia. Paweł wykazał mi, że powinnam traktować ten dzień jako pełen
sukcesów, a nie porażek, ale tak czy inaczej widzę tu serię zdarzeń, która
kojarzy mi się z kłodami rzucanymi pod nogi. Dziś natomiast leżę w łóżku,
popijam herbatkę, obserwuję słońce za oknem, czekam na referencje i zbieram
siły przed pierwszym dniem w pracy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)