środa, 7 listopada 2012

6/7


Po nocce z  poniedziałku na wtorek byłam tak zmęczona, że śniło mi się, że nadal jestem w pracy, sprawiło to, że spałam, tylko 4 godziny, a resztę dnia przeleżałam. Wczorajszy wieczór oraz dzisiejszy poranek przyprawił mnie o mnóstwo siwych włosów. Wyruszyłam o 21 do pracy, na luzie, bo już znam drogę. Padało, wiało, ale taka pogoda jest tu normalna. 15 km przed miejscem pracy przestała działać lewa wycieraczka, a ja przestałam widzieć dokąd jadę. Zwolniłam, wychyliłam się do przodu i uznałam, że jakoś to będzie. Pamiętałam nawet o tym, żeby nie zjechać z wcześnie z autostrady – co mi się notorycznie zdarza, dodając mi ok 4 km więcej przyjemności z jazdy. Zjeżdżając widziałam ostry zakręt, prędkości dużej nie miałam, ale przyhamować trzeba było i tu usłyszałam charakterystyczny pisk i poczułam jak mnie znosi w lewo, starałam się odbić w prawo, co złagodziło siłę uderzenia, ale i tak wylądowałam z hukiem na lewej bandzie. Przerażona, z wizją wgniecenia na całym lewym boku i uszkodzonym autem, włączyłam awaryjne, żeby nikt we mnie nie przyładował (szczęśliwie przed 22 w tygodniu jest mały ruch). Próbowałam wykomponować się z barierki, a tu nic, ni w tył ni w przód. Zawzięłam się, pokręciłam kołami i ruszyłam, nadal padało, nadal niewiele widziałam, ale dojechałam do pracy. Obejrzałam auto na parkingu, okazało się, że wycieraczka jest tak wygięta, że nic się nie da zrobić i pozostaje się modlić, żeby rano nie padało. Samo auto ma rysę na całej długości drzwi kierowcy i wgnieciony lewy przedni bok, pęknięty błotnik, szczęśliwie światła są całe. W drodze prze parking próbowałam skontaktować się z Pawłem, ale nie odbierał. W końcu się udało, próbował mnie uspokoić. W pracy jeszcze przez godzinę nie mogłam dojść do siebie, natłok pracy jednak nie pozwolił mi jednak długo pozostawać w stanie zawieszenia. Pracy było mnóstwo, przerwa o 2:30, byłam łącznie na 3 działach, wymęczyłam się okropnie, a przede mną był jeszcze powrót do domu. Kiedy wychodziłam z pracy kropiło, koleżanki na parkingu próbowały podreperować mi wycieraczkę, nie dało się. Wiedziałam, że Paweł ma jechać do pracy po 7, więc odważnie (lub głupio, jak kto woli) ruszyłam do domu. Pożałowałam już po paru metrach, ruch był duży, ja nie widziałam prawe nic, zaczęło lać. Jechałam po autostradzie 80-90, zostałam strąbiona przez tira, ale miałam to gdzieś – chodziło o moje życie w końcu. Bardzo ostrożnie wchodziłam w zakręty, przerażona, że znów koła mi się zablokują i wypadnę z drogi. Po 40 minutach dojechałam do domu, wycieńczona stresem. Paweł był już na nogach, przestawił auto – przy tej widoczności nie byłam w stanie dobrze zaparkować. Próbował naprawić wycieraczkę – nie udało się i tak pojechał do pracy. Po 30 minutach wysłał smsa, że się udało dojechać. Pospałam do 15, coś tam zjadłam, a teraz Paweł wrócił z pracy i wyjaśnił, że wycieraczka zrobiona – poluzowała się jakaś śruba i przestała reagować na silniczek…Dziś jestem umówiona z chłopakiem z pracy, że mnie zawiezie, co napawa mnie spokojem, hehe, choć nie mam jego numeru, pozostaje mi mieć nadzieję, że o mnie nie zapomni.
Mam takie pytanie - myślicie, że mam pecha ostatnio?

piątek, 2 listopada 2012

Uff, koniec tygodnia.


Pierwszy pełny tydzień pracy zakończony. Wprawdzie jeszcze nie ma sezonu, więc w piątki pracujemy 5,5 godziny, a we wtorek kazali nam pójść do domu po 4,5, ale i tak jestem nieziemsko zmęczona.  Z niedzieli na poniedziałek mam na 1 w nocy do 6 rano, normalnie byłoby na 22, ale niby nie ma tylu zamówień. Z tego, co widzę pracy jest dużo, ale pewnie mi się zdaje, bo nowa jestem.  W tym tygodniu jazda autem szła mi dużo lepiej, w sumie od 2 dni już się nie stresuję. Można uznać, że znam drogę na pamięć. W czwartek miałam okazję poznać ją lepiej, z okazji dnia wolnego cała moja niemiecka okolica wyruszyła na zakupy do Holandii, przez co spóźniłam się do pracy, całe 3 minuty, gdyż stałam w 3 km korku, którego kompletnie się nie spodziewałam. Odejmą mi za to 15 minut z wypłaty. No właśnie, dostałam pierwsze wynagrodzenie J Tylko za czwartek – 7,5 i piątek 5,5, ale zawsze to coś i fajnie jest osiągnąć niezależność finansową. Małżonek utrzymywał mnie niecały miesiąc i nie narzekał, ale wolę zarabiać sama. Cotygodniowy system wypłat jest dla mnie dziwny, wysokość pensji w sumie też, hehe, ale w końcu widzę sens w pracy fizycznej. Jutro mam zamiar kupić sobie coś niepraktycznego.  Wykąpana, po obiadku, piszę, żeby nie zasnąć, gdyż przed 21 muszę skoczyć po Pawła do jego pracy. Mam nadzieję, że dojadę bez większych kłopotów. Mam też za sobą drugie tankowanie, znów z pomocą miłego kierowcy, który  wyczuł, że bez interwencji poczeka sobie dłuuugo w kolejce. Ze współlokatorami mamy, odpukać, spokój, Aurelek pojechał poimprezować do znajomych na kilka dni, więc  w domu panuje cisza. W pracy mam dość miłe dziewczyny, na 100 przyjętych na sezon osób ma zostać 5, które wykażą się najbardziej. Mi to raczej nie grozi, staram się, ale mistrzynią prędkości i bezbłędności nie jestem. Niektóre laski  mają ogromne parcie na zostanie w Vistaprint w styczniu i chwytają się wszystkich sposobów żeby tylko zaistnieć. W czwartek miałam nieprzyjemność pracować z taką osobą, czułam się niemal jak w przedszkolu. „ Pani teamlederko, a ona się pomyliła”… , nieważne, że „ona” od minuty wykonywała całkowicie nowe dla siebie zajęcie.  Po dwóch próbach złożenia szybko pudełek, w których wysyłane są kalendarze uznała, że jestem za wolna, a ona musi się wykazać  super normą pracy, więc wróciłam do skanowania , kiedy godzinę później przyszła jej koleżanka, okazało się, że moja współtowarzyszka pracy nagle ma czas i cierpliwość do nauki. Złość mi już przeszła, ale  niestety ta dziewczyna była jedyną osobą z mojej okolicy i przed feralnym czwartkiem wstępnie już z nią rozmawiałam o wspólnych dojazdach, a teraz nic z tego nie będzie. Może to i lepiej, zwracają mi za dojazdy, a tak z czasem nabiorę wprawy , no i nie będę od nikogo zależna. Podsumowując: w pracy lekko nie jest, ale pensja to wynagradza i mam nadzieję schudnąć. Natomiast nie zamierzam się ważyć, poczekam na chwilę, którą uwielbiam, aż dżinsy zaczną mi zjeżdżać z zanikającego brzuszyska. W pracy nie ma kiedy jeść, przerwę mamy po 5 godzinach, a wtedy jestem już tak zmęczona, że wciągam 1 kanapkę J Może do grudnia zobaczę efekty. W przyszłym tygodniu wybieramy się z Festynkami na snufelmarkt w Boschu i już się nie mogę doczekać, to takie kojące, że ma się w pobliżu normalnych ludzi, których się bardzo lubi. Dziś trochę nieskładnie piszę, ale to ze zmęczenia, dodam jeszcze tylko, że Paweł B. jest moim bohaterem. Cały ten tydzień dojeżdżał do pracy rowerem, w ciemnościach przez las, godzinę w jedną stronę, do tego brał nadgodziny. Z tej okazji po pracy wybrałam się do sklepu i prócz obiadu zakupiłam mu piweczko, niech się chłopak zrelaksuje. Gdybym była bogaczką, kupiłabym mu dziś autko – wymarzone bmw, żeby mógł w dobrych warunkach uczęszczać do pracy. A nie, jakbym była bogaczką – pracowalibyśmy tylko czasem i to dla przyjemności – czego wam wszystkim życzęJ