środa, 24 października 2012

Nie wiem jak to jest z prawem serii, ale czasami nie mam wątpliwości, że istnieje.


Wczoraj zaczęło od kiepsko przespanej nocy, pobudki  o  7:20, żeby podrzucić Pawła do pracy, schodząc  spadłam ze schodów i lekko obiłam żebra – mimo sporej warstwy ochronnej. O 8 byłam znów w domu, małżonek naciskał żebym zajęła się wymianą dętki z w jego rowerze. Chodziło o znalezienie najbliższego serwisu rowerowego.  Zjadłam śniadanie, wynalazłam serwis 5 km od domu, wybrałam się tam (autem!). Na miejscu miły pan poinformował mnie, że koło jest bardzo zniszczone, opona również, karcącym wzrokiem spoglądał na mnie jak na niszczycielkę rowerów, a w końcu podał cenę za nowe koło – 65e. Kompletnie się tego nie spodziewałam, w portfelu 60e, więc musiałam opuścić sklep i aktywować nową kartę bankomatową – na szczęście pamiętałam pin.  Przy okazji pooglądałam nowe rowery w przecenach, Paweł ma strasznego grata, ale ceny nawet poza sezonem są dla nas , żyjących chwilowo z jednej pensji nie do przejścia.  Zdenerwowana niespodziewanym wydatkiem wróciłam do domu, odkrywając po drodze aldiego i lidla – do tej pory myśleliśmy, że najbliższe są 20 km od domu. O 14 miałam być w Venlo celem podpisania umowy o pracę.  Wyjechałam o 13, chciałam pojechać skrótem, co doprowadziło do powrotu na linię startu po 15 min. Wklepałam w gpsa adres i ruszyłam na autostradę, pogoda była piękna, złote liście, słonko, nawet duża ilość aut na drodze mnie nie zrażała. Trasa do nowej pracy wynosi  43 km, po 30 nagle zaczęły mi spadać obroty silnika, auto zwolniło ze 100km/h do 30, myślałam, że coś popsułam, źle wbijam biegi, musiałam zjechać na pas awaryjny. Przez jakieś 10-15 minut starłam się rozruszać auto, niestety z marnym skutkiem, stres osiągnął punkt szczytowy. Była 13:58, gps pokazywał 5km do miejsca przeznaczenia, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Wtedy przyszło oświecenie, Paweł kilka dni wcześniej wspominał o tym, że jak gaz się kończy auto zwalnia, przełączyłam na benzynę i  auto dostało skrzydeł. Niestety kompletnie straciłam pewność siebie przy wbijaniu biegów, do tego źle skręciłam na ostatnim rondzie, ale w końcu udało mi się dojechać. Była 14:05, a trzeba było jeszcze zaparkować. Dla mnie jest to rzecz, której najbardziej nie potrafię. Miejsca były 2, udało się jakoś wjechać w jedno wąskie, z wysiadaniem było nieco gorzej, ale nie porysowałam drzwi sąsiada. Zziajana wbiegłam do firmy, na recepcji nikogo nie było, po 2 minutach weszła pani z plakietką mojego pośrednika.  Zaprowadziła mnie na górę, przeprosiłam za spóźnienie, podyktowałam jak się nazywam i dowiedziałam się na wstępie, że zaczynam pracę nie za 2 dni o 6 rano, a jutro. Następnie zostałam przekierowana do innej pani, która zajmowała się właśnie umową o pracę innej Polki. Dołączyłam do nich i zostałam od razu zapytana czy się denerwuję przyjęciem do pracy. Z uśmiechem powiedziałam, że nie, a przyczyną stresu są kłopoty z autem. W trakcie rozmowy okazało się, że z Gosią – ta druga Polka, zaczynamy jednak za 2 dni razem w tym samym dziale. Dostałam do rozwiązania test, czego się kompletnie nie spodziewałam.  Jeszcze myślami byłam wśród trąbiących na mnie na autostradzie tirów, a tu trzeba się było skupić. W ciągu 5 minut trzeba było wpisać jakie się widzi cyferki na zakropkowanych polach, zrobić  7 zadań z podstaw matematyki, a następnie porównać  50 dwurzędowych kolumn z adresami po holendersku i rzędami cyfr i zaznaczyć czy są takie same, czy też nie. Wszystko to odbywało się, kiedy Gosia rozmawiała z przyjmującą nad do pracy Biancą. Hehe, nie muszę chyba dodawać, że nie zdążyłam zrobić wszystkiego. Z ostatniego zadania tylko 25 rzędów. Następnie okazało się, że muszę podać dane osoby, która wystawi mi referencje w języku holenderskim lub angielskim z poprzedniej pracy. Tym zajęłam się już w poniedziałek rano, napisałam do swojej byłej kierowniczki prośbę. Otrzymałam w odpowiedzi, że mogę liczyć najwyżej na dokument w języku polskim, a o tłumaczenie mam się już sama zatroszczyć. Zapytałam więc Biancę, czy honorują polskie referencje, odpowiedziała, że niestety muszą być one wystawione przez pracodawcę w języku przynajmniej angielskim. Kłopot był również z moim kontem bankowym. Mamy konto walutowe w aliorze w Polsce, więc Holendrzy wymagają wydruku ze strony banku potwierdzającego dane.  Więc referencje i  dane bankowe mam donieść w czwartek po pracy. Z referencjami zrobię tak, że już napisałam do FANa, organizacji dla której prowadziłam kilka lat zajęcia nordic walkingu  z seniorami i mam nadzieję, że dostanę od nich potrzebne mi dokumenty. Natomiast, to że 4 lata pracowałam dla Biblioteki Głównej Politechniki Wrocławskiej i nie mogę dostać za to kilku zdań w języku angielskim jest żenujące. Tak, ale odbiegłam od tematu, w końcu podpisałam umowę o pracę do końca grudnia w firmie Vistaprint, która zajmuje się drukowaniem kalendarzy, koszulek, nadrukami na długopisy, czapeczki, wizytówkami, pakowaniem tego wszystkiego i wysyłaniem do klientów. Czym będę się dokładnie zajmowała dowiem się w czwartek, na razie Bianca oprowadziła nas po firmie, to duży magazyn z wieloma działami, w którym trzeba chodzić po zielonym pasie, bo inaczej może człowieka przejechać wózek widłowy. Dostałam 3 koszulki, wiem gdzie jest parking pracowniczy, w Viście trzeba być co najmniej 10 min przed rozpoczęciem pracy, bo trzeba się jeszcze zakodować w 2 wejściach, mamy do tego specjalne karty. W czwartek umówiłam się z Gosią o 5:45 na parkingu, razem będzie lepiej J Przy okazji w rozmowie wyszło, że dziewczyna jest spod Strzelina, co nam mocno przełamało lody. Zobaczymy jak będzie, chętnie nauczę się czegoś nowego, a do pracy wyjadę przed 5, żeby mieć czas na wszelkie nieprzewidziane sytuacje. Kiedy już wyszłam z nowej pracy, bardzo delikatnie wyjechałam z parkingu i obrałam kurs na Elmpt. Zestresowana , że może nie starczyć mi benzyny wybrałam drogę krótszą o 15 km, częściowo zawierającą autostradę, w drodze powrotnej tylko raz wymusiłam pierwszeństwo, ale miły pan mnie nawet nie strąbił. W Elmpt dzielnie podjechałam pod dystrybutor gazu, pokonałam barierę korka, ale niestety już reduktora nie dałam rady wkręcić, na szczęście obok stało 2miłych panów i bez problemu udzielili pomocy, a nawet instrukcji. Zatankowałam 30 litrów, wróciłam do domu i po 10 minutach musiałam pojechać po małżonka. Pod jego pracą zamieniliśmy się miejscami i mogłam mu spokojnie wykrzyczeć beznadziejność swojego dnia. Paweł wykazał mi, że powinnam traktować ten dzień jako pełen sukcesów, a nie porażek, ale tak czy inaczej widzę tu serię zdarzeń, która kojarzy mi się z kłodami rzucanymi pod nogi. Dziś natomiast leżę w łóżku, popijam herbatkę, obserwuję słońce za oknem, czekam na referencje i zbieram siły przed pierwszym dniem w pracy.

3 komentarze:

  1. Też sądzę że był to dzień sukcesów. Ja bym mniej więcej w połowie załamał się i wrócił do domu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Eee, no raczej sukcesów. Kaman, pokonałaś autostradę, parking i dostałaś pracę. To już coś. Co do Polibudy Wrocławskiej - rzeczywiście żenada. Na pocieszenie dodam tylko, że już nie musisz użerać się z dinozaurami. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień pełen wrażeń, nie ma co. Dałaś rade i powinnas byc z tego dumna. Jestem z Ciebie dumna :)Nie zostawilas auta na autostradzie i nie ucieklas... pewnie mi by to przyszlo do glowy. Mysle, ze teraz juz bedzie lepiej, masz prace, jakos sie to rozkreci. Trzymam kciuki, sle buziaki i wracam do mojego malego blondaska z kreconymi wloskami mowiacego "misia pysia".

    OdpowiedzUsuń