piątek, 2 listopada 2012

Uff, koniec tygodnia.


Pierwszy pełny tydzień pracy zakończony. Wprawdzie jeszcze nie ma sezonu, więc w piątki pracujemy 5,5 godziny, a we wtorek kazali nam pójść do domu po 4,5, ale i tak jestem nieziemsko zmęczona.  Z niedzieli na poniedziałek mam na 1 w nocy do 6 rano, normalnie byłoby na 22, ale niby nie ma tylu zamówień. Z tego, co widzę pracy jest dużo, ale pewnie mi się zdaje, bo nowa jestem.  W tym tygodniu jazda autem szła mi dużo lepiej, w sumie od 2 dni już się nie stresuję. Można uznać, że znam drogę na pamięć. W czwartek miałam okazję poznać ją lepiej, z okazji dnia wolnego cała moja niemiecka okolica wyruszyła na zakupy do Holandii, przez co spóźniłam się do pracy, całe 3 minuty, gdyż stałam w 3 km korku, którego kompletnie się nie spodziewałam. Odejmą mi za to 15 minut z wypłaty. No właśnie, dostałam pierwsze wynagrodzenie J Tylko za czwartek – 7,5 i piątek 5,5, ale zawsze to coś i fajnie jest osiągnąć niezależność finansową. Małżonek utrzymywał mnie niecały miesiąc i nie narzekał, ale wolę zarabiać sama. Cotygodniowy system wypłat jest dla mnie dziwny, wysokość pensji w sumie też, hehe, ale w końcu widzę sens w pracy fizycznej. Jutro mam zamiar kupić sobie coś niepraktycznego.  Wykąpana, po obiadku, piszę, żeby nie zasnąć, gdyż przed 21 muszę skoczyć po Pawła do jego pracy. Mam nadzieję, że dojadę bez większych kłopotów. Mam też za sobą drugie tankowanie, znów z pomocą miłego kierowcy, który  wyczuł, że bez interwencji poczeka sobie dłuuugo w kolejce. Ze współlokatorami mamy, odpukać, spokój, Aurelek pojechał poimprezować do znajomych na kilka dni, więc  w domu panuje cisza. W pracy mam dość miłe dziewczyny, na 100 przyjętych na sezon osób ma zostać 5, które wykażą się najbardziej. Mi to raczej nie grozi, staram się, ale mistrzynią prędkości i bezbłędności nie jestem. Niektóre laski  mają ogromne parcie na zostanie w Vistaprint w styczniu i chwytają się wszystkich sposobów żeby tylko zaistnieć. W czwartek miałam nieprzyjemność pracować z taką osobą, czułam się niemal jak w przedszkolu. „ Pani teamlederko, a ona się pomyliła”… , nieważne, że „ona” od minuty wykonywała całkowicie nowe dla siebie zajęcie.  Po dwóch próbach złożenia szybko pudełek, w których wysyłane są kalendarze uznała, że jestem za wolna, a ona musi się wykazać  super normą pracy, więc wróciłam do skanowania , kiedy godzinę później przyszła jej koleżanka, okazało się, że moja współtowarzyszka pracy nagle ma czas i cierpliwość do nauki. Złość mi już przeszła, ale  niestety ta dziewczyna była jedyną osobą z mojej okolicy i przed feralnym czwartkiem wstępnie już z nią rozmawiałam o wspólnych dojazdach, a teraz nic z tego nie będzie. Może to i lepiej, zwracają mi za dojazdy, a tak z czasem nabiorę wprawy , no i nie będę od nikogo zależna. Podsumowując: w pracy lekko nie jest, ale pensja to wynagradza i mam nadzieję schudnąć. Natomiast nie zamierzam się ważyć, poczekam na chwilę, którą uwielbiam, aż dżinsy zaczną mi zjeżdżać z zanikającego brzuszyska. W pracy nie ma kiedy jeść, przerwę mamy po 5 godzinach, a wtedy jestem już tak zmęczona, że wciągam 1 kanapkę J Może do grudnia zobaczę efekty. W przyszłym tygodniu wybieramy się z Festynkami na snufelmarkt w Boschu i już się nie mogę doczekać, to takie kojące, że ma się w pobliżu normalnych ludzi, których się bardzo lubi. Dziś trochę nieskładnie piszę, ale to ze zmęczenia, dodam jeszcze tylko, że Paweł B. jest moim bohaterem. Cały ten tydzień dojeżdżał do pracy rowerem, w ciemnościach przez las, godzinę w jedną stronę, do tego brał nadgodziny. Z tej okazji po pracy wybrałam się do sklepu i prócz obiadu zakupiłam mu piweczko, niech się chłopak zrelaksuje. Gdybym była bogaczką, kupiłabym mu dziś autko – wymarzone bmw, żeby mógł w dobrych warunkach uczęszczać do pracy. A nie, jakbym była bogaczką – pracowalibyśmy tylko czasem i to dla przyjemności – czego wam wszystkim życzęJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz