Pierwszy pełny tydzień pracy zakończony. Wprawdzie jeszcze
nie ma sezonu, więc w piątki pracujemy 5,5 godziny, a we wtorek kazali nam
pójść do domu po 4,5, ale i tak jestem nieziemsko zmęczona. Z niedzieli na poniedziałek mam na 1 w nocy
do 6 rano, normalnie byłoby na 22, ale niby nie ma tylu zamówień. Z tego, co
widzę pracy jest dużo, ale pewnie mi się zdaje, bo nowa jestem. W tym tygodniu jazda autem szła mi dużo
lepiej, w sumie od 2 dni już się nie stresuję. Można uznać, że znam drogę na
pamięć. W czwartek miałam okazję poznać ją lepiej, z okazji dnia wolnego cała
moja niemiecka okolica wyruszyła na zakupy do Holandii, przez co spóźniłam się
do pracy, całe 3 minuty, gdyż stałam w 3 km korku, którego kompletnie się nie
spodziewałam. Odejmą mi za to 15 minut z wypłaty. No właśnie, dostałam pierwsze
wynagrodzenie J
Tylko za czwartek – 7,5 i piątek 5,5, ale zawsze to coś i fajnie jest osiągnąć
niezależność finansową. Małżonek utrzymywał mnie niecały miesiąc i nie
narzekał, ale wolę zarabiać sama. Cotygodniowy system wypłat jest dla mnie
dziwny, wysokość pensji w sumie też, hehe, ale w końcu widzę sens w pracy
fizycznej. Jutro mam zamiar kupić sobie coś niepraktycznego. Wykąpana, po obiadku, piszę, żeby nie zasnąć,
gdyż przed 21 muszę skoczyć po Pawła do jego pracy. Mam nadzieję, że dojadę bez
większych kłopotów. Mam też za sobą drugie tankowanie, znów z pomocą miłego
kierowcy, który wyczuł, że bez
interwencji poczeka sobie dłuuugo w kolejce. Ze współlokatorami mamy, odpukać,
spokój, Aurelek pojechał poimprezować do znajomych na kilka dni, więc w domu panuje cisza. W pracy mam dość miłe
dziewczyny, na 100 przyjętych na sezon osób ma zostać 5, które wykażą się
najbardziej. Mi to raczej nie grozi, staram się, ale mistrzynią prędkości i
bezbłędności nie jestem. Niektóre laski
mają ogromne parcie na zostanie w Vistaprint w styczniu i chwytają się
wszystkich sposobów żeby tylko zaistnieć. W czwartek miałam nieprzyjemność
pracować z taką osobą, czułam się niemal jak w przedszkolu. „ Pani teamlederko,
a ona się pomyliła”… , nieważne, że „ona” od minuty wykonywała całkowicie nowe
dla siebie zajęcie. Po dwóch próbach
złożenia szybko pudełek, w których wysyłane są kalendarze uznała, że jestem za
wolna, a ona musi się wykazać super
normą pracy, więc wróciłam do skanowania , kiedy godzinę później przyszła jej
koleżanka, okazało się, że moja współtowarzyszka pracy nagle ma czas i
cierpliwość do nauki. Złość mi już przeszła, ale niestety ta dziewczyna była jedyną osobą z
mojej okolicy i przed feralnym czwartkiem wstępnie już z nią rozmawiałam o
wspólnych dojazdach, a teraz nic z tego nie będzie. Może to i lepiej, zwracają
mi za dojazdy, a tak z czasem nabiorę wprawy , no i nie będę od nikogo zależna.
Podsumowując: w pracy lekko nie jest, ale pensja to wynagradza i mam nadzieję
schudnąć. Natomiast nie zamierzam się ważyć, poczekam na chwilę, którą
uwielbiam, aż dżinsy zaczną mi zjeżdżać z zanikającego brzuszyska. W pracy nie
ma kiedy jeść, przerwę mamy po 5 godzinach, a wtedy jestem już tak zmęczona, że
wciągam 1 kanapkę J
Może do grudnia zobaczę efekty. W przyszłym tygodniu wybieramy się z Festynkami
na snufelmarkt w Boschu i już się nie mogę doczekać, to takie kojące, że ma się
w pobliżu normalnych ludzi, których się bardzo lubi. Dziś trochę nieskładnie
piszę, ale to ze zmęczenia, dodam jeszcze tylko, że Paweł B. jest moim
bohaterem. Cały ten tydzień dojeżdżał do pracy rowerem, w ciemnościach przez
las, godzinę w jedną stronę, do tego brał nadgodziny. Z tej okazji po pracy
wybrałam się do sklepu i prócz obiadu zakupiłam mu piweczko, niech się chłopak
zrelaksuje. Gdybym była bogaczką, kupiłabym mu dziś autko – wymarzone bmw, żeby
mógł w dobrych warunkach uczęszczać do pracy. A nie, jakbym była bogaczką –
pracowalibyśmy tylko czasem i to dla przyjemności – czego wam wszystkim życzęJ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz