Po nocce z
poniedziałku na wtorek byłam tak zmęczona, że śniło mi się, że nadal
jestem w pracy, sprawiło to, że spałam, tylko 4 godziny, a resztę dnia
przeleżałam. Wczorajszy wieczór oraz dzisiejszy poranek przyprawił mnie o
mnóstwo siwych włosów. Wyruszyłam o 21 do pracy, na luzie, bo już znam drogę.
Padało, wiało, ale taka pogoda jest tu normalna. 15 km przed miejscem pracy
przestała działać lewa wycieraczka, a ja przestałam widzieć dokąd jadę.
Zwolniłam, wychyliłam się do przodu i uznałam, że jakoś to będzie. Pamiętałam
nawet o tym, żeby nie zjechać z wcześnie z autostrady – co mi się notorycznie
zdarza, dodając mi ok 4 km więcej przyjemności z jazdy. Zjeżdżając widziałam
ostry zakręt, prędkości dużej nie miałam, ale przyhamować trzeba było i tu
usłyszałam charakterystyczny pisk i poczułam jak mnie znosi w lewo, starałam
się odbić w prawo, co złagodziło siłę uderzenia, ale i tak wylądowałam z hukiem
na lewej bandzie. Przerażona, z wizją wgniecenia na całym lewym boku i
uszkodzonym autem, włączyłam awaryjne, żeby nikt we mnie nie przyładował
(szczęśliwie przed 22 w tygodniu jest mały ruch). Próbowałam wykomponować się z
barierki, a tu nic, ni w tył ni w przód. Zawzięłam się, pokręciłam kołami i
ruszyłam, nadal padało, nadal niewiele widziałam, ale dojechałam do pracy.
Obejrzałam auto na parkingu, okazało się, że wycieraczka jest tak wygięta, że
nic się nie da zrobić i pozostaje się modlić, żeby rano nie padało. Samo auto
ma rysę na całej długości drzwi kierowcy i wgnieciony lewy przedni bok,
pęknięty błotnik, szczęśliwie światła są całe. W drodze prze parking próbowałam
skontaktować się z Pawłem, ale nie odbierał. W końcu się udało, próbował mnie
uspokoić. W pracy jeszcze przez godzinę nie mogłam dojść do siebie, natłok pracy
jednak nie pozwolił mi jednak długo pozostawać w stanie zawieszenia. Pracy było
mnóstwo, przerwa o 2:30, byłam łącznie na 3 działach, wymęczyłam się okropnie,
a przede mną był jeszcze powrót do domu. Kiedy wychodziłam z pracy kropiło,
koleżanki na parkingu próbowały podreperować mi wycieraczkę, nie dało się.
Wiedziałam, że Paweł ma jechać do pracy po 7, więc odważnie (lub głupio, jak
kto woli) ruszyłam do domu. Pożałowałam już po paru metrach, ruch był duży, ja
nie widziałam prawe nic, zaczęło lać. Jechałam po autostradzie 80-90, zostałam
strąbiona przez tira, ale miałam to gdzieś – chodziło o moje życie w końcu.
Bardzo ostrożnie wchodziłam w zakręty, przerażona, że znów koła mi się
zablokują i wypadnę z drogi. Po 40 minutach dojechałam do domu, wycieńczona
stresem. Paweł był już na nogach, przestawił auto – przy tej widoczności nie
byłam w stanie dobrze zaparkować. Próbował naprawić wycieraczkę – nie udało się
i tak pojechał do pracy. Po 30 minutach wysłał smsa, że się udało dojechać.
Pospałam do 15, coś tam zjadłam, a teraz Paweł wrócił z pracy i wyjaśnił, że
wycieraczka zrobiona – poluzowała się jakaś śruba i przestała reagować na
silniczek…Dziś jestem umówiona z chłopakiem z pracy, że mnie zawiezie, co
napawa mnie spokojem, hehe, choć nie mam jego numeru, pozostaje mi mieć
nadzieję, że o mnie nie zapomni.
Mam takie pytanie - myślicie, że mam pecha ostatnio?
Zocha, nie igraj z tirami! ;)
OdpowiedzUsuńPrawo serii. A tak na poważnie - cieszę się, że jesteś cała. Uważaj na siebie!
OdpowiedzUsuńPrzepraszam ale sie uśmiałam :)) Ale Ty masz przygody...
OdpowiedzUsuńZoszynu, nie wiem, czy masz pecha, ale myślę, że nigdy nie chciałabym tego przeżyć. Całe szczęście, że tak się to skończyło. Pisz nam więcej. Oby tylko już takich hardkorów nie było :).
OdpowiedzUsuń