piątek, 18 stycznia 2013

Stało się

Pierwsze zwolnienie z pracy w życiu. Podobno żyjąc w Holandii można się do tego przyzwyczaić, obym nie miała takich sytuacji za często. O tym, że to praca na sezon, czyli do końca grudnia wiedziałam od początku, więc w sumie się cieszę, że udało się to przeciągnąć do połowy nowego roku. Od 25 października spodziewałam się zwolnienia każdego dnia, bo Vista to taka firma, w której trzeba być bardzo szybkim. A nie ukrywajmy moja poprzednia praca z szybkością niewiele miała wspólnego. Od początku tej mojej pierwszej holenderskiej pracy zwolniono około 20 osób, a w styczniu tak już miałam dość napięcia związanego z niepewnością kiedy to wreszcie nastąpi, że zobojętniało mi to. W grudniu zmienili czas pracy koledze, z którym dojeżdżałam. Na szczęście tego samego dnia dogadałam się z dziewczyną mieszkającą niedaleko, niestety kilka dni później i ona została zwolniona. Zima to nie najlepszy czas żeby brać auto i kazać mężowi dojeżdżać 15 km po ciemku lasem do pracy, ale kiedy przyszło u mnie do nocnych zmian znów wsiadłam do auta. Kiedy zmiany nocne się skończyły wyprosiłam koleżankę i nadrabiając 20 km woziła mnie do pracy w tym tygodniu. Teraz podobno nie ma sezonu na pracę, ale nie zamierzam się poddawać i ruszę do biur pośrednictwa jak tylko się przeprowadzimy. Po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć w Holandii 2 pokojowe mieszkanie, więc do dyspozycji będę miała komunikację miejską. W okolicy przygranicznej znalezienie mieszkania po stronie holenderskiej w cenie pozwalającej na normalne życie graniczy z cudem. Jestem bardzo ciekawa jak to będzie, bo po raz pierwszy w życiu zamieszkamy z mężem sami, hehe, oby nie skończyło się rozwodem ;) A tak serio, to już nie mogę się doczekać.
Przez najbliższe 2 tygodnie, gdy nie będę szukała pracy mam zamiar uzupełnić blogowe zaległości, przyszykować ofertę masaży pod nowym adresem, być idealną panią domu, czyli gotować mężowi obiady i wspierać go w przebywaniu na nadgodzinach oraz przeczytać kilka książek. Chyba, że podejmiemy decyzję, że lecę do Polski zająć się wykańczaniem mieszkania w Siechnicach, bo przez internet i telefon, nie jest to tak proste jak myślałam. Plusem byłaby możliwość spotkania osób, za którymi tęsknię, no i oczywiście moich ukochanych sierściuchów - Szpinaka i Suszi. Mam nadzieję, że w ciągu 3 miesięcy nie zapomniały kim jestem. Mama je tak rozpieściła, że nie wiadomo czy podołamy ich obecnym wymaganiom.
Trzymajcie kciuki, abym długo nie pozostawała bez pracy.

1 komentarz:

  1. Cierpliwości, wszystko się znajdzie:) Trzymam za Ciebie kciuki bardzo mocno!

    OdpowiedzUsuń