Wczoraj zaczęło od kiepsko przespanej nocy, pobudki o
7:20, żeby podrzucić Pawła do pracy, schodząc spadłam ze schodów i lekko obiłam żebra –
mimo sporej warstwy ochronnej. O 8 byłam znów w domu, małżonek naciskał żebym
zajęła się wymianą dętki z w jego rowerze. Chodziło o znalezienie najbliższego
serwisu rowerowego. Zjadłam śniadanie,
wynalazłam serwis 5 km od domu, wybrałam się tam (autem!). Na miejscu miły pan poinformował
mnie, że koło jest bardzo zniszczone, opona również, karcącym wzrokiem
spoglądał na mnie jak na niszczycielkę rowerów, a w końcu podał cenę za nowe
koło – 65e. Kompletnie się tego nie spodziewałam, w portfelu 60e, więc musiałam
opuścić sklep i aktywować nową kartę bankomatową – na szczęście pamiętałam
pin. Przy okazji pooglądałam nowe rowery
w przecenach, Paweł ma strasznego grata, ale ceny nawet poza sezonem są dla nas
, żyjących chwilowo z jednej pensji nie do przejścia. Zdenerwowana niespodziewanym wydatkiem
wróciłam do domu, odkrywając po drodze aldiego i lidla – do tej pory
myśleliśmy, że najbliższe są 20 km od domu. O 14 miałam być w Venlo celem
podpisania umowy o pracę. Wyjechałam o
13, chciałam pojechać skrótem, co doprowadziło do powrotu na linię startu po 15
min. Wklepałam w gpsa adres i ruszyłam na autostradę, pogoda była piękna, złote
liście, słonko, nawet duża ilość aut na drodze mnie nie zrażała. Trasa do nowej
pracy wynosi 43 km, po 30 nagle zaczęły
mi spadać obroty silnika, auto zwolniło ze 100km/h do 30, myślałam, że coś
popsułam, źle wbijam biegi, musiałam zjechać na pas awaryjny. Przez jakieś
10-15 minut starłam się rozruszać auto, niestety z marnym skutkiem, stres
osiągnął punkt szczytowy. Była 13:58, gps pokazywał 5km do miejsca
przeznaczenia, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Wtedy przyszło oświecenie,
Paweł kilka dni wcześniej wspominał o tym, że jak gaz się kończy auto zwalnia,
przełączyłam na benzynę i auto dostało
skrzydeł. Niestety kompletnie straciłam pewność siebie przy wbijaniu biegów, do
tego źle skręciłam na ostatnim rondzie, ale w końcu udało mi się dojechać. Była
14:05, a trzeba było jeszcze zaparkować. Dla mnie jest to rzecz, której
najbardziej nie potrafię. Miejsca były 2, udało się jakoś wjechać w jedno wąskie,
z wysiadaniem było nieco gorzej, ale nie porysowałam drzwi sąsiada. Zziajana
wbiegłam do firmy, na recepcji nikogo nie było, po 2 minutach weszła pani z
plakietką mojego pośrednika.
Zaprowadziła mnie na górę, przeprosiłam za spóźnienie, podyktowałam jak
się nazywam i dowiedziałam się na wstępie, że zaczynam pracę nie za 2 dni o 6
rano, a jutro. Następnie zostałam przekierowana do innej pani, która zajmowała
się właśnie umową o pracę innej Polki. Dołączyłam do nich i zostałam od razu
zapytana czy się denerwuję przyjęciem do pracy. Z uśmiechem powiedziałam, że
nie, a przyczyną stresu są kłopoty z autem. W trakcie rozmowy okazało się, że z
Gosią – ta druga Polka, zaczynamy jednak za 2 dni razem w tym samym dziale.
Dostałam do rozwiązania test, czego się kompletnie nie spodziewałam. Jeszcze myślami byłam wśród trąbiących na
mnie na autostradzie tirów, a tu trzeba się było skupić. W ciągu 5 minut trzeba
było wpisać jakie się widzi cyferki na zakropkowanych polach, zrobić 7 zadań z podstaw matematyki, a następnie
porównać 50 dwurzędowych kolumn z
adresami po holendersku i rzędami cyfr i zaznaczyć czy są takie same, czy też
nie. Wszystko to odbywało się, kiedy Gosia rozmawiała z przyjmującą nad do
pracy Biancą. Hehe, nie muszę chyba dodawać, że nie zdążyłam zrobić wszystkiego.
Z ostatniego zadania tylko 25 rzędów. Następnie okazało się, że muszę podać
dane osoby, która wystawi mi referencje w języku holenderskim lub angielskim z
poprzedniej pracy. Tym zajęłam się już w poniedziałek rano, napisałam do swojej
byłej kierowniczki prośbę. Otrzymałam w odpowiedzi, że mogę liczyć najwyżej na
dokument w języku polskim, a o tłumaczenie mam się już sama zatroszczyć.
Zapytałam więc Biancę, czy honorują polskie referencje, odpowiedziała, że
niestety muszą być one wystawione przez pracodawcę w języku przynajmniej
angielskim. Kłopot był również z moim kontem bankowym. Mamy konto walutowe w
aliorze w Polsce, więc Holendrzy wymagają wydruku ze strony banku
potwierdzającego dane. Więc referencje
i dane bankowe mam donieść w czwartek po
pracy. Z referencjami zrobię tak, że już napisałam do FANa, organizacji dla
której prowadziłam kilka lat zajęcia nordic walkingu z seniorami i mam nadzieję, że dostanę od
nich potrzebne mi dokumenty. Natomiast, to że 4 lata pracowałam dla Biblioteki
Głównej Politechniki Wrocławskiej i nie mogę dostać za to kilku zdań w języku
angielskim jest żenujące. Tak, ale odbiegłam od tematu, w końcu podpisałam
umowę o pracę do końca grudnia w firmie Vistaprint, która zajmuje się
drukowaniem kalendarzy, koszulek, nadrukami na długopisy, czapeczki,
wizytówkami, pakowaniem tego wszystkiego i wysyłaniem do klientów. Czym będę
się dokładnie zajmowała dowiem się w czwartek, na razie Bianca oprowadziła nas
po firmie, to duży magazyn z wieloma działami, w którym trzeba chodzić po
zielonym pasie, bo inaczej może człowieka przejechać wózek widłowy. Dostałam 3
koszulki, wiem gdzie jest parking pracowniczy, w Viście trzeba być co najmniej
10 min przed rozpoczęciem pracy, bo trzeba się jeszcze zakodować w 2 wejściach,
mamy do tego specjalne karty. W czwartek umówiłam się z Gosią o 5:45 na
parkingu, razem będzie lepiej J
Przy okazji w rozmowie wyszło, że dziewczyna jest spod Strzelina, co nam mocno
przełamało lody. Zobaczymy jak będzie, chętnie nauczę się czegoś nowego, a do
pracy wyjadę przed 5, żeby mieć czas na wszelkie nieprzewidziane sytuacje.
Kiedy już wyszłam z nowej pracy, bardzo delikatnie wyjechałam z parkingu i
obrałam kurs na Elmpt. Zestresowana , że może nie starczyć mi benzyny wybrałam
drogę krótszą o 15 km, częściowo zawierającą autostradę, w drodze powrotnej
tylko raz wymusiłam pierwszeństwo, ale miły pan mnie nawet nie strąbił. W Elmpt
dzielnie podjechałam pod dystrybutor gazu, pokonałam barierę korka, ale
niestety już reduktora nie dałam rady wkręcić, na szczęście obok stało 2miłych
panów i bez problemu udzielili pomocy, a nawet instrukcji. Zatankowałam 30
litrów, wróciłam do domu i po 10 minutach musiałam pojechać po małżonka. Pod
jego pracą zamieniliśmy się miejscami i mogłam mu spokojnie wykrzyczeć beznadziejność
swojego dnia. Paweł wykazał mi, że powinnam traktować ten dzień jako pełen
sukcesów, a nie porażek, ale tak czy inaczej widzę tu serię zdarzeń, która
kojarzy mi się z kłodami rzucanymi pod nogi. Dziś natomiast leżę w łóżku,
popijam herbatkę, obserwuję słońce za oknem, czekam na referencje i zbieram
siły przed pierwszym dniem w pracy.